Naciśnij „Enter” aby pominąć

W służbie Jego Królewskiej Mości [No. 1]

Gdy mijaliśmy znacznik kilometrowy ze smukłą, czarną literą siedemnaście, po raz pierwszy, pomyślałem o tym, że pewnie nie wrócę do domu. Nie ścisnął mnie żal w sercu. Nie pomyślałem, że chciałbym, istotnie, wylegiwać się teraz na rozległych zielonych pastwiskach wyżyny koppenburskiej i osłaniając wzrok przed słońcem, podziwiać dość malowniczy, choć trochę trącący nudą krajobraz. Siedziałem w wagonie cielęcym i patrzyłem pod nogi, na migający pode mną żwir, na szybko przelatujące podkłady. Pociąg jechał i nie zatrzymywał się na żadnym przystanku. Pociąg skądś do nikąd. Gdy wyjeżdżaliśmy, z peronu żegnał nas tłum dziewcząt. Część uśmiechniętych i machających, część zapłakanych i wyraźnie zmartwionych. Poza tym, miejscowi nie darzyli nas szczególną sympatią, czy raczej – nie czuli powinności, by traktować nas jak bohaterów – za to kochali nasze pieniądze, tych nigdy im również nie szczędziliśmy. Chłopaki ostatniego dnia chcieli chyba wydać wszystko, co do ostatniego, pożyczonego Dreama żołdu, ja swoje ciężko zebrane zaskórniaki przesłałem transferem pocztowym w rodzinne strony, licząc, że to choć trochę poprawi humor rodzinie, która nie tyle nie rozumiała mojego optymizmu, co uznawała go za przewlekłą chorobę wieku młodzieńczego. „Starzy i cyniczni wysyłają młodych i naiwnych, by przelali krew nie za swoją sprawę.” 

Inni woleli poruchać. W sumie to rozumiem. Ideowców było niewielu, lub jakoś szczególnie nie chwalili się swoją wielkodusznością, gdy już na miejscu dowiedzieli się, że w istocie, większość stanu osobowego stanowił pobór. Pełen przekrój młodszej połowy dreamlandzkiego społeczeństwa. W zasadzie wystarczyło spojrzeć nieco bardziej krytycznym okiem, by spod niedawno zgolonej i jednolicie jadowicie zielono odzianej grupie dwudziestolatków wychyliły się najróżniejsze, całkiem przeciwne sobie indywidua. Mieliśmy „Kiepa”, który był w zasadzie niepiśmienny, ściągnęli go na wojaczkę prosto z gospodarzenia na zagrodzie po starym ojcu, gdzieś pod Tauzenem. Nie był może najbystrzejszy i raczej słabo strzelał, ale był silny jak wół, spokojnie przeniósłby na plecach i dwóch chłopa w pełnym oporządzeniu, poruszając się marszobiegiem na naszej ulubionej ścieżce zdrowia po lasach wokół ośrodka. W związku z czym, przyjął na siebie jarzmo asystenta RKMisty, niosąc w plecaku taśmy amunicji złożone w gustowne, metalowe pudełka. Mimowolnie, najlepszym kumplem „Kiepa” został „Śniady”, syn imigrantki z Baridasu i dreamlandzkiego kierowcy ciężarówki, a zarazem RKMista i zdecydowany przeciwnik rasowej segregacji, której jak dość wyraźnie stwierdzał w swoich przydługich monologach, całkowicie i ostatecznie poddana była cała struktura Armii Królewskiej. Czas wolny urozmaicały mu przydługie i dość jednostronne polemiki z „Kiepem”. Urocza metoda na spędzenie jedynej godziny pomiędzy wieczorną michą, a snem, pozostając zgarnizonowanym w jednej izbie. „Temblak” stanowił języczek u wagi w sprawach potencjalnie spornych, gdyż jako dość sensowny kompanijny lekarz, a zarazem ciało obce przysłane do naszej kompanii z samego serca Korpusu Medycznego, darzony był przez wszystkich szczególną dozą szacunku. Swoją szczególną pozycję wykorzystywał by żyć zgodnie z postanowieniami przysięgi, raz-po-raz pokazując, że w dupie ma wypisywane nań dość regularnie kwity, gdy stawał po stronie szwejów, widząc, że kadra źle ich traktuje. Jego dokładnym przeciwieństwem był „Bibuła”, który całą twarz pooraną miał bruzdami po jakiejś wyjątkowo parszywej ospie. Pomniejszy kryminalista, absolutnie zdemoralizowany po dzieciństwie na brudnych przedmieściach Dreamopolis, nie stronił od bitki, lubił się najebać, a i odsiedział już w życiu krótki wyrok za handel papierosami bez banderoli, chociaż, jak się pierwszego dnia pochwalił, przed komisją stanął sam – „Bo rozumiesz, wpadłem z taką jedną, brzydka była jak noc, jak jej ojciec się dowiedział, to mówi, że albo ślub albo on idzie na komisariat. I on poszedł na komisariat, a ja od razu biegiem w kamasze”. Miał nierówno pod sufitem, strasznie się nakręcił, że będzie zabijał, ludzie woleli trzymać się od niego z daleka. Był „Stryj”, najstarszy chyba po „Ojcu Chrzestnym” na kompanii. Wyróżniał się tym, że żołd otrzymywał za bycie dyżurnym dupkiem. Łaził za nami jak pies gończy, realizując w ten sposób wymagany przez kadrę oficerską, święty i nienaruszalny porządek na kompanii, a zarazem wprowadzając atmosferę skrywanej nienawiści szwejów do reszty pierdolców z plutonu dowodzenia. Ten jako jedyny wyraźnie cieszył się z jazdy „do nikąd”. Postanowił nawet, w przypływie swego szampańskiego nastroju, dać sobie wejść na pagon, wchodząc w dyskusję z niezawodnym „Dżakondą”, a przynajmniej do momentu, gdy zauważył, że jacyś goście z plutonu C, postanowili zdjąć z głowy (o nierozważni!) i usiąść na hełmach, w przebłysku geniuszu na rozchodzącą się po kompanii wieść o możliwym zaminowaniu torów. „Dżakonda” był duszą plutonu B, a zarazem moim radiotelegrafistą, nieoficjalna mantra Armii Królewskiej kazała Nam jemu podobnych określać mianem drucików. Ojcowie-przodkowie, zapewne mieli tu na myśli dostojeństwo noszenia na plecach gigantycznej anteny, która zapewniała łączność na poziomie może i nawet całej kompanii, a i lubiła się zaczepiać o najmniej spodziewane przeszkody. My mieliśmy bardziej przyziemny a zarazem aktualniejszy powód takowego naznaczenia – drutowanie starzejących się radiostacji, które w najmniej sprzyjających ku temu momentach lubiły się popsuć, porazić prądem, rozstroić lub to wszystko na raz. „Dżakonda” mrugnął do mnie z uśmiechem szelmy, której właśnie udał się wyjątkowy dowcip – Wiesz, że „Stryj” czyta regularnie „Żołnierzy Wolności”? – zmarszczyłem brwi – Wolałbym jednak, żebyś nie przeginał pały w kwestii organu prasowego armii… – Ja? A skąd! Poprosiłem go tylko, żeby mi streścił artykuł, który akurat czytał… Artykuł o tym, dlaczego toczymy wojnę. No więc, powiedział mi, że tam pisze, że toczymy wojnę, bo Luindorczycy są źli.

Zaciągnąłem się sam, bo chciałem przeżyć prawdziwie męską przygodę. Zaczęte studia porzuciłem na rzecz marzenia o świecie pełnym niebezpieczeństw i nadarzających się okazji dla bohaterskich czynów. Ściągnęli mnie przez biuro rekrutacyjne, wprost w objęcia umiłowanej piechoty. Zapewniali o pewnych szansach na stanowisko o wyjątkowej odpowiedzialności, prawdziwe przyjaźnie, mundur, prestiż. Chciałem dowodzić, prowadzić na śmierć i ratować z opresji. Na poligonie ćwiczyliśmy trzy miesiące. Najpierw pędzili nas za BeWuPami, po miesiącu biegaliśmy na równi z nimi, na koniec otwieraliśmy tyralierę wyprzedzając BWP i czuliśmy, że możemy ponieść je na plecach. Dość szybko uświadomiłem sobie, że moja prosta i szybka kariera oficerska to mrzonka, a że głupi nie byłem i to czy owo potrafiłem zrobić „PORZĄDNIE”, to dosztukowali mi z miejsca kutasa na pagon i dali pod opiekę trzech szwejów. Dni szkolenia przebiegały w stanie swoistej bezmyślności. Robiłem tylko tyle, ile się ode mnie oczekiwało. Starałem się rozpłynąć w grupie. Nie być ani pierwszym, ani ostatnim. Nie dać się poznać jako krzywo-myśliciel, bo wtedy czekałaby mnie kara od „starszyzny plemiennej”. Zadziwiające jest to, że wystarczy dać się złamać lub udać, że jest się złamanym. Nie wychylać się, by nie dać powodu do skoordynowanego ataku. Pierwszego dnia odbierają Ci to, co każdy uważa za najcenniejsze – Twoje imię. One trafia do tamtego życia, którego nie ma. Golą ci głowę, minimalizując szanse na złapanie i roznoszenie wszy, chociaż te przemieszczają się z rocznika na rocznik poprzez tragiczną higienę wydawanych koców. Chłopakom z plutonu A te wszy radośnie ogryzają potem fiuty, ponoć aż do zaprzysiężenia. Dostajesz zestaw startowy, twój mandżur. Łóżko to teraz kojo. Posiłek to teraz micha. Talerz to plater. Krawat to nadal krawat, a skarpetka to nadal skarpetka, ale but to Jan. Na ten czas przestajesz być biały, żółty, śniady czy czarny jesteś kurwa ZIELONY. I zaczynasz na samym dole – jesteś śmieciem. Musisz sobie zapracować na miano i status czegoś więcej. Tworzą cię na nowo, bo masz, kurwa, zabijać. To bardzo proste. Jesteśmy my i są oni. Ty jesteś z nami, więc nie możesz być już z nimi. Skoro nie jesteś z nimi, to oni będą chcieli odstrzelić Ci dupę. Ty masz im odstrzelić ich dupę pierwszy. Dlatego nie możesz się zawahać, nie może mrugnąć Ci powieka, gdy oddajesz strzał. Bo oni się nie zawahają. Są wrodzy i nie są ludźmi. Zostali zdehumanizowani w momencie, gdy tak jak Tobie, ktoś zgolił im głowę, żeby wszy nie ogryzały im fiutów, ktoś odebrał im imię, by odebrać im godność, ktoś wręczył im broń i hełm i powiedział im, że mają, kurwa, zabijać, bo Ty się nie zawahasz, żeby odstrzelić im ich dupę. W niedziele część z nas, która nie podpadła, nie musiała pilnować jednostki, ani nie ponosiła akurat strat w nierównej walce z pandemią wszy, dostawała przepustki do miasta. Miesięczny żołd, który zaczęto nam naliczać od dnia przekroczenia bram, błyskawicznie rozchodził się między sprzedawców i dostawców uciech wszelakich. Druga część wieczoru polegała na przygotowaniu się do całkowicie wyrywkowego i zupełnie obiektywnego chuchnięcia w twarz pomocnikowi dyżurnego, który składał raport z rzeczonego chuchnięcia szefowi kompanii. Już w pierwszym tygodniu oddział zwarty został zdziesiątkowany kwitami i zrobiliśmy się w uprawianiu naszego procederu znacznie ostrożniejsi. Oczywiście cała ta sprawa nie przeszkadzała kolejnym pomocnikom dyżurnego wybierać się służbowym autem na „wizyty gospodarcze” do miasteczka i pić się przy nas w tym samym barze, choć przy innym stoliku. Skarga do „Ojca Chrzestnego” na nic by się tu nie zdała, przeradzając wręcz w kanwy pewności szansę skarżącego nieszczęśnika na to, że wystawi mu się za to złośliwie kwit i nie wyszczknie nawet nosa za bramę, choćby i psy dupami szczekały. Dzięki właśnie tej sprawie, miałem również okazję zapoznać się z moją przyszłą kadrą dowódczą, kwiatem myśli wojskowej i czymś co osobiście określiłbym mianem paradoksu Mandaryńskiego. Dowódca nasz, człowiek w środowisku wojskowym powszechnie znany, raczej szanowany i pewny tegoż szacunku, ponad wszystko cenił sobie święty spokój. Nie interesowało go nadmierne strofowanie kompanii, robił to jedynie regulaminowo i wyłącznie gdy musiał, przyparty do ściany przez szefa kompanii. Ten dobrotliwy mędrzec z gwiazdą na pagonie, stanowił o naszym codziennym jestestwie tak zupełnie od niechcenia, jak gdyby odganiał gazetą muchę, która zanadto zainteresowała się siadaniem mu na ramieniu. Cały dzień leżał po apollińsku rozwalony, w tym swoim pieczołowicie wyprasowanym mundurze i jak lustro wypastowanych, nocami przez swego adiutanta, skórzanych oficerkach na szezlongu, zamknięty w swoim gabinecie, paląc przez nieczynny przełyk brzoskwiniową fajkę i przerywając ten proceder jedynie ssaniem cukiereczków miętowych ze swojej eleganckiej kryształowej szkatułki, licząc po cichu na to, że wszyscy dadzą mu święty spokój, przynajmniej do momentu rychłego przejścia na emeryturę, to znaczy zaraz po tym, jak wojna się skończy. Mógł sobie na to pozwolić, bo miał w sztabie wuja z najprawdziwszym gwiazdozbiorem, jeśli nie galaktyką na pagonach, który potrafił wszelkich delikwentów, skłonnych zmienić ten wygodny stan rzeczy, wysłać w ciągu tygodnia na najodleglejszy i najpaskudniejszy odcinek frontu, a i wuj mu tej przysługi nigdy nie odmawiał. Taki też los spotkał kilku kolejnych szefów kompanii, którzy zaskoczeni dość liberalnym stosunkiem do prowadzenia życia jednostki wojskowej, z zawziętością pisali kolejne kwity na swojego dowódcę, wbrew cichym zaleceniom reszty nomenklatury z plutonu dowodzenia i wbrew odwiecznej zasadzie, że ręki karmiącej się nie gryzie. Tym sposobem, pojawiali się tak szybko, jak i szybko znikali, gdy z błogiego snu wybudzał ich dyżurny z pilnym teleksem o nagłych przenosinach. Dopiero zrozumienie i przyjęcie, że kluczem do przeżycia szefa kompanii w jednostce wojskowej jest za wszelką cenę, nie niepokojenie „Ojca Chrzestnego”, zapewnia drogę do władzy właściwej. Tę tajemnicę wielkich przedwiecznych, ostatecznie posiadł „Mandaryn” – człowiek roztropny i sensowny, co jest w środowisku wojskowym całkowicie i niezaprzeczalnie pożądane. Niestety, był on także skażony błędem nadmiernych ambicji, co zepchnęło go wprost w paszczę lwią. Jako nasz piąty, w przeciągu dwóch miesięcy, szef kompanii, a zarazem człowiek całkowicie i niezaprzeczalnie swój – swoją karierę w naszej jednostce zaczynał pośród reszty pierdolców z plutonu dowodzenia, co dało mu przewagę wiedzy o skutkach błędów kardynalnych. W zasadzie nikt się nim szczególnie nie interesował, nim ten stał się „Mandaryn”, trudno jest więc jednoznacznie i z całą pewnością powiedzieć, kim był i czym zajmował się przed zajęciem ambitnego miejsca na szczycie kompanijnej piramidy pokarmowej. Szef kompanii, jako jedyny, raz w tygodniu o godzinie 9. w poniedziałek lub w sytuacjach absolutnie i niezaprzeczalnie niecierpiących zwłoki, miał przywilej wejścia do przestronnego gabinetu dowódcy kompanii i złożenia mu raportu w pozycji zasadniczej, podczas gdy „Ojciec Chrzestny” leżał, rozwalony na szezlongu i zajadał się swoimi cukiereczkami, z udawanym zainteresowaniem przyglądając się składającemu raport szefowi kompanii. Kolejne wydarzenia, wyszczególnione w raporcie, kwitował krótkim „wiem”, z zadowoleniem kiwał głową i poganiał szefa ręką, żeby się pospieszył, bo marnuje jego czas. Szef kompanii, z początku wybijany tym z rytmu, no bo w jaki sposób „Ojciec Chrzestny” wiedział, pozostało do samego końca poza sferą jego najlepszej wiedzy, ostatecznie przyzwyczaił się do tego manifestu wyższości dowódcy i po każdym „wiem” całkiem mechanicznie pomijał trzy kolejne punkty raportu, a gdy dobrnął do końca, prężył się jak struna, przykładał dwa palce do czapki, co spotykało się z niezmiennie niedbałym salutem ze strony jego dowódcy – i wynosił się precz ze świętego żwirku gabinetu. Rytuał był zawsze ten sam i taki sam. Wkraczał do jasnego i dobrze oświetlonego przedsionka gabinetu, mijał siedzącego przy wejściu po prawej, przy przestronnym, mahoniowym biurku, adiutanta, czytającego jakąś gazetę, bynajmniej nie byli to „Żołnierze Wolności” i palącego czerwone Marlboro, nerwowo strzepując popiół do kryształowej popielniczki pełnej niedopałków. Kładł mu na luksusowym meblu pisemną wersję raportu, który właśnie streścił „Ojcu” i zagajał, będąc już mentalnie skierowanym ku swojej „szopce na miotły” z zimnym, plastikowym stołem, po cichu licząc na poczęstowanie jednym grubasem z twardej paczki – którego zwykle spalali wspólnie, dyskutując zawzięcie o sprawach życia bieżącego. Nie zajmowało to długo, bo zwykle i tak spieszyło mu się do środka, by do późnych godzin nocnych prowadzić całą kancelarię jednostki. Podpisywać kwity w imieniu dowódcy, odpowiadać na wnioski, rozpatrywać zażalenia. „Mandaryn” przez półtora miesiąca służby jako szef kompanii zdążył najpierw osiwieć, a z czasem wyłysieć. Tak, że jego powiększający się łysy placek na głowie, z każdym dniem, coraz radośniej, odbijał promienie słoneczne podczas porannych ćwiczeń kondycyjnych, które osobiście współprowadził z podkrążonymi, sinymi oczami, pilnie wyszukującymi w tłumie malkontentów. Drugim współprowadzącym, tzw. „Technicznym” był „Stryj”. To znaczy, że każde następujące po sobie ćwiczenie, zaczynał formułką „objaśniam i pokazuję” i pokazywał jak coś należy zrobić. Szef przechadzał się w ten czas po placu między ćwiczącymi i sprawdzał jakość wykonywania przez nas ćwiczeń. Co dzień rano wybierał sobie spośród tłumu jakąś ofiarę i wyładowywał na niej całe swoje wkurwienie, nazbierane poprzedniego dnia. W zasadzie było to wkurwienie w głównej mierze na siebie, że ze swoimi ambicjami, wdepnął w kawał niezłego gówna. W tym samym czasie, przez jedno z okien koszar, gdzieś wysoko, jego frustracjom przyglądał się adiutant, szczerzący się do siebie w pidżamie i z papierosem w gębie, prasując właśnie wiecznie wymięty mundur dowódcy kompanii. 

… TBC

Przedruk artykułu z dnia 9 października 2020, który oryginalnie ukazał się w "Tajnym Archiwum Ekorrańskim".

Dodaj pierwszy komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.