Naciśnij „Enter” aby pominąć

Wynoszenie długopisów

Wiecie jak to było z Wielkim Gotsbym, swego czasu dużo rozpisywała się o nim dreamlandzka prasa, człowiek sukcesu wystawiający pokaźne bankiety w swojej równie pokaźnej willi w Rodo. Poznałem go mieszkając jeszcze w Pałacyku Burgrabiego, nomen omen niezwykle rustykalne wnętrza. Pewnego pięknego poranka, kurząc na balkonie porannego Geldbergkanała do kawy czarnej z mlekiem sojowym, ujrzałem go w ogrodzie wylegującego się w słońcu ubranego w same slipy koloru burgund. Moim ogrodzie. Błyskawicznie powiązałem fakty, skojarzyłem, że nie dość, że w skrupulatnie pielęgnowanym przezemnie rdeście leży jegomość z pierwszych stron saudadzkich bulwarówek, to jest całkiem możliwe, że kiepy i potłuczone butelki na które od pewnego czasu natykałem się pod moim płotem są wynikiem jego niezwykle bujnie opisywanych imprez, nierzadko i na pół strony. Taka sława i to zaraz za płotem! Zadowolony podchodzę do jegomościa z zawczasu przygotowanym pismem przedsądowym, że jak nie skręci dzisiaj w nocy tej muzyki to zmarnuję jego i swój czas w Sądzie Królestwa, a ten nagle wyskakuje do pozycji stojącej, krzyczy „Mój Drogi! Jak miło mi Cię w końcu spotkać!” i rozkłada do mnie ręce w pojednawczym geście, jak gdybyśmy znali się już od wielu lat, co niestety przy jego obecnym ubiorze faktycznym ma raczej skutek odwrotny od zamierzonego. Nie wchodząc w dalsze szczegóły i zawiłości naszej późniejszej przelotnej relacji, to ta historia nauczyła mnie dwóch rzeczy: należy zawsze się zabezpieczać i nigdy nie ufać ludziom z wieloma paszportami. Skupmy się jednak na punkcie drugim. 
Nie bez powodu przytaczam postać Gotsby’ego. Wszyscy wiemy jak skończył on i te jego interesiki kręcone za morzem.

Takich jak on, dawni dreamlandczycy nazywali szpiegami. Jeżeli próbujesz różnymi metodami osiągnąć dostęp do kluczowych systemów kraju nie posiadając przy okazji żadnego stażu, to śmierdzisz dwoma zerami i siódemką, legitymowaniem się licencją na zabijanie i Mancalaga wie co jeszcze.
Zwykle takie osoby, bacznie obserwowane przez krajowy kontrwywiad, grzecznie siedziały w poczekalniach różnych kancelarii i w takt zegara naściennego, próbując nie myśleć o poczuciu bliskiego samozapłonu przez czarną rozgrzaną skajową kanapę, wertowali sobie jeden z tych słabych albumików z rysunkami wagin, który dostałeś kiedyś od postępowej teściowej i nie wiedziałeś co z nim zrobić, więc wrzuciłeś go gościom na stolik do poczekalni. W momencie, gdy wychylasz się przez drzwi gabinetu w celu udania się na późny brunch, oni już czekają wyprostowani na baczność i wręczają Ci w dłoń plik wniosków o wszystkie możliwe funkcje, oczywiście z błędami ortograficznymi, nie wolno zapominać o błędach ortograficznych. 
W trakcie wertowania okazuje się, że te wnioski to są te same wnioski przekazane już raz innemu notablowi zza oceanu. Bezczelne kopie, nawet podpis skserował. No i co robisz z takim Nikosiem Dyzmą, elementem politycznie podejrzanym, lub też politycznie winnym, zależy gdzie i kogo zapytasz. Dajesz mu jakąś niezobowiązującą pozycję w niezobowiązującej komisji smarowania bułek masłem, szczególnie uzdolnionych na kursy rwania rzodkwi i liczysz, że będzie kontent. Zwykle jest, dumnie wplata sobie swoją nową tytulaturę w hasło pod profilem i niczego więcej nie robi. Status społeczny został osiągnięty. Interesujące pomysły, firmowe długopisy oraz smyczki, zdają się znikać z jednego biura i pojawiać magicznie w innym, najczęściej zagranicznym. Co ciekawe, okazuje się, że w obydwu biurach zdaje się pracować przynajmniej w najmniejszej części podobna kadra, zwykle na różnych stanowiskach, ot kalejdoskop.
W dawnym dreamlandzie to był dla kontrwywiadu moment do działania. Jechali sobie spokojnie za gościem na lotnisko, a na lotnisku cap! kontrola bagażu, prucie toreb, ściąganie butów, zakładanie rękawiczek. Wyciąganie zawieszek i długopisów w temperaturze ciała, ukrytych w równo zawiązanych, plastikowych woreczkach. 

Nie wynoszenie długopisów przeminęło, podobnie jak szereg innych wartości mikroświatowych. Dzisiaj długopisy wywozi się kontenerami, a aktywiści walczący przeciwko „niszczeniu aktywności” odciągają celnika za nogi, gdy spróbuje cicho zaprotestować. Otwarte granice, nie krycie się z otwartym olewaniem przysiąg wierności, moralności i zwykłej przyzwoitości to cechy charakteryzujące nowe pokolenie. Prawdziwi, wymierający, mikronatorzy(tm) chyba ostatecznie wymarli, a ich miejsce zajęli mikronatorzy zepsuci ziarnem doczesnej ambiwalentnej rzeczywistości, która im zawsze skrzeczy, więc muszą ją sobie urozmaicać mniej ambiwalentnymi ruchami przeciwko własności długopisów.

Przedruk artykułu z 30 października 2019, opublikowanego na forum Dreamlandu.

Dodaj pierwszy komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.