Naciśnij „Enter” aby pominąć

O Macieizmie

Problemy zaczęły się gdy osobę Króla zredagowano w obrazek wiszący na ścianie i z ogólnym samozadowoleniem stwierdzono, że w zasadzie to powinno się go ograniczyć *bo ostatecznie to nie wiadomo co zrobi*. Król przestał być mężem zaufania, a stał się jakimś politycznym trzecim kołem u wozu parlamentarno-rządowego, posiadającym w teorii pewne prerogatywy, ale na codzień walczącycm z rządem i z parlamentem, uchylając się przed Konstytucją i pozytywistyczno-legalistycznym podejściem poddanych, którzy za wszelką cenę próbują mu zaszkodzić. 

Przeszliśmy całą drogę z Króla-instytucji, który może i dzieli się władzą z poddanymi, dając im właściwie pełnię swobód, bo zależy mu na szeroko pojętym dobrobycie państwa, do Króla-polityka, któremu poddani, czy też bardziej „watażkowie” wyrywają berło i szarpią go za płaszcz koronacyjny. 

Nie ma dobrej odpowiedzi na pytanie czemu ktoś miałby bronić państwa przed Królem. Królowi powinno przecież przede wszystkim zależeć na ogólnym dobrostanie, który dla mikronacji oznacza istnienie zainteresowania sporem politycznym między przeciwstawnymi stronnictwami. 

Korzystanie z wzorca dzisiejszej monarchii konstytucyjnej ze świata realnego jest w przypadku mikronacji nieporozumieniem, gdyż z założenia władza Królewska sięga tam, gdzie znajdą się zainteresowani jego rządami poddani. Im bardziej Król zagarnia władzę dla siebie, tym bardziej tę władzę traci, aż do momentu gdy nie zostanie nawet jedna dusza zainteresowana jego państwem. 

Król-instytucja jest apolityczny. Jeżeli podejmuje decyzje, to musi zrobić to w imieniu ogółu mieszkańców Królestwa, choć już całkiem przewrotnie, jako „dożywotni” dyktator z władzą absolutną. Król jest nienaruszalny. Jest monolitem. Jest bankierem w monopolu. Nie rusza się bankiera w monopolu, w zamian za obietnicę, że nie skorzysta on ze swych przywilejów w celu osiągnięcia swoich partykularnych interesów. Jego jedynymi zmartwieniami pozostają zachowanie twarzy i niesplamienie godności i honoru urzędu, który piastuje. 
Ciężko pracuje nad budową dyskursu, poszukiwaniem możliwości zainteresowania poddanego uczestnictwem we wspólnocie.
Jeżeli słyszy, że ktoś chce coś przedsięwziąć – umożliwia to. 
Jeżeli widzi, że wspólnocie dzieje się krzywda – reaguje. 
Jeżeli czuje, że jego czas nadszedł – odchodzi. Nie potrzebuje do tego trzech piątych wściekłych głosów parlamentu, czasem wystarczy jeden – konstruktywny.
Najtrudniej jest, gdy musi podjąć decyzję o ograniczeniu czyichś praw we wspólnocie. 
Robi to zawsze niechętnie i z żalem, bo przecież ostatecznie ogranicza swoją władzę, burzy to, co wcześniej zbudował, nierzadko z wielkim trudem i wyrzeczeniami. 

Dla zwykłomikronauty takie podejście zdawałoby się być całkowicie abstrakcyjnym i nierealnym, wszakże jego jedynym celem jest osiągnięcie stanu pełni władzy nad kimś innym, dlatego mierzy Króla swoją miarą. Natomiast Króla władza w zasadzie w zupełności nie interesuje, bo nie jest ona jego celem, a zaledwie środkiem do osiągnięcia celu, jakim jest budowa i utrzymanie wspólnoty. 

Taki jest model króla liberalnego i taki jest model fajnego państwa. Inne modele prowadzą do degrengolady życia nie tyle politycznego, co ogólnie wspólnotowego. Z każdym krokiem w kierunku demokratyzacji, robi się również krok w kierunku rozmycia odpowiedzialności za całość wspólnoty. Ostatecznie Król przestaje być bankierem, a staje się kolejnym stronnictwem walczącym o uszczknięcie dla siebie kawałka władzy. Szarpanie tkaniny nieuchronnie prowadzi do przetarć a z czasem i rozdarć. Blokują się mechanizmy. Ludzie przestają iść za jednym przewodnikiem i klarownym celem, a trafiają do okopów, używani przez watażków do bratobójczej walki o uszczknięcie jeszcze jednego małego trofeum z puli. Gdy ostatecznie któremuś watażce uda się po krwawym boju osiągnąć zwycięstwo, to przekonuje się, że na górze nie ma nic, czego by się spodziewał, ani nic, co by go interesowało. Wtedy dopiero zaczyna rozumieć, że walczył nie o trofeum, a po to, żeby walczyć. Z powodu braku adwersarzy staje się bierny. Najczęściej w tym miejscu ostatecznie rozpada się również wspólnota. 

Jeżeli szuka WKW miejsca do realizacji swojego legislacyjnego hobby i jest w stanie uszczknąć nieco więcej ze swojego wolnego czasu – to zapewniam, że stworzy się na to miejsce i w Dreamlandzie.

Miejscem do walk Kogutów jest Parlament i Rząd. Król upewnia się, że zawsze jest o co się bić, regularnie dosypuje tu i ówdzie ziarna władzy i zamieszania, żeby mieć pewność, że zawodnicy będą mieli ochotę powyłamywać sobie o nie szczęki. Są takie dni, że w ramach prac nad dyskursem, zostawia koronę w domu pod kluczem i idzie w noc, łamać szczęki swoim poddanym, przeobraża się wtedy w Króla-człowieka. Nie robi tego z nienawiścią, dobrotliwie patrzy im w oczy wyprowadzając lewego sierpowego. Łagodnie się uśmiecha, gdy zasadza im low-kicka w krocze. Nigdy jednak nie kopie leżącego ani nie gra nieczysto, nie korzystając ze swoich przywilejów. Przyjmuje wszystkie zadane mu ciosy z zadowoleniem. Poddani widzą w nim wtedy na krótki moment jednego ze swoich. Ale ostatecznie są oni jedynie jego poddanymi, a on realizuje plan dużo większy niż jakiś tam konflikt międzyludzki. On sam ma krótką pamięć do takich rzeczy, nie chowa głęboko urazy, dla niego jest to tylko jeszcze jeden sposób na realizację tej mistycznej fajności państwa.

Tak bym w skrócie określił koncepcję Macieizmu.

Przedruk posta z 14 marca 2020, zamieszczonego oryginalnie na forum Palatynatu Leocji.

Dodaj pierwszy komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.